wino

Przeglądasz wpisy otagowane jako wino.

Miała być wielka i obszerna relacja z imprezy: Targi Europejskiego Rzemiosła Ludowego (EĹRO) w Kežmaroku, ale w tym roku nas tam nie było, za dużo spraw skomplikowało wyjazd m.in. pogoda, która zrobiła się wręcz jesienna. No i trochę musieliśmy podgonić z robotą. Jeżeli macie ochotę wrócić do wcześniejszych wpisów z tego miejsca, to zapraszam do wpisów: „Kežmarok- urok dawnych jarmarków” oraz „Kežmarok – po raz drugi”. Szkoda bardzo, że po raz trzeci nie będzie, ale czasem tak bywa…

Ponieważ pogoda nam się zdecydowanie popsuła i zrobiło się zimno, zabiorę Was do bardzo słonecznego miasteczka. W takie dni trzeba uciekać do słonecznych wspomnień, tym bardziej, że trwają wakacje. Część z Was ma już zaplanowane urlopy, inni dopiero co wrócili z wojaży, a jeszcze inni szukają, planują… To też jest fajne, gdyż samo planowanie jest już przygodą samą w sobie.

Kőszeg (niem. Güns, chorw. Kiseg) – to niewielkie miasteczko, leżącą przy zachodniej granicy Węgier, raptem 5 km od austriackiej granicy. Razem z pobliskimi wioseczkami należy do najbardziej malowniczych zakątków kraju, otoczonym wieńcem gór. Na naszej ubiegłorocznej trasie przejazdu uznaliśmy Kőszeg za najbardziej nastrojowe i najlepiej zachowane miasto. Tu znajdziecie bardzo oryginalne fasady, wspaniałe kamieniczki, budynki, których nie znajdziecie w innych miastach Węgier. Wszystko przepięknie odrestaurowane i widać, że ciągle trwają prace, aby miasteczko było jeszcze bardziej zadbane. Najważniejsze zabytki zgromadzone są wokół małej starówki i zamku, ale boczne uliczki też mają swój klimat.

Tu czas biegnie inaczej niż wszędzie. A to za sprawą choćby dzwonów, które zamiast w południe, biją w mieście o 11:00, ponieważ ostatni żołnierze tureccy wycofali się z miasta o tej godzinie i na pamiątkę tego zdarzenia od 1777 r. codziennie  rozbrzmiewają w mieście kościelne dzwony na godzinę przed południem. Nie sposób było zapomnieć, że pora na naszą kawę, którą lubimy pić tuż przed południem. A na kawę można się udać do Ibrahim Kávézó lub sąsiadujących obok kawiarni, których w miasteczku nie ma za wiele, ale tu wszystko jest skromne i wyliczone. Dwie piekarnie, jeden rzeźnik, kilka klasycznych restauracji. Momentami wydawało nam się, że jesteśmy tu całkiem sami. I koniecznie odwiedźcie Winoteke Borarium, która znajduje się pod samym kościołem. I tu trzeba zarezerwować sobie dużo czasu, gdyż właściciele lokalu szybko Was nie wypuszczą, a sam właściciel zapewne będzie Wam przygrywać na gitarze. Wino, muzyka i śpiew!

Miasteczko ma taki senny urok. Tu czas płynie wolno i dostojnie. Spacerując po niezwykle zadbanych uliczkach poczujecie się jakby miasto tak trochę wciąż czekało na odkrycie. Kőszeg sprawia wrażenie takiego ukrytego miasta, które zdaje się żyć samo dla siebie. W przeciwieństwie do pobliskiego Sopron, które pełne jest weekendowych gości z Austrii. Kőszeg zdecydowanie bardziej nam się podobało, ale o Sopron też Wam kiedyś opowiem…

PS

Uwaga! Będzie dużo zdjęć :-)

Podobne wpisy:

Tagi: ,

Wielkie wina!

„Nie masz wina nad węgrzyna” – tak brzmi słynne staropolskie przysłowie, które teraz rozumiem do samego dna. Krótko i treściwie ujmuje fakt, że wina Węgierskie mają długą tradycję, siłę i smak doskonały.

Nie jestem w tej materii znawcą, ale potrafię odróżnić dobre wino od przeciętnego. Znam też swoje kubki smakowe i wiem, co mi smakuje. Nie przepadam za ciężkimi, taninowymi i wysoko – alkoholowymi winami. Nie mam po prostu do nich głowy. Najbardziej lubię pinot noir i cabernet sauvignon. I właśnie dlatego zdecydowaliśmy się odwiedzić region Villány-Siklós, gdyż właśnie tu uprawia się głównie czerwone wina: merlot, cabernet, pinot noir, które należą do ścisłej czołówki win węgierskich.

Dobry Bóg obdarzył ten region szczególnie. Dał im góry, które mają chronić od zimnych wiatrów, idealną ziemię i malownicze wzgórza. Dał też niezliczoną ilość godzin słońca, aby dobre wina nabrały bukietu i szczególnego smaku. Klimat tego regionu nosi cechy klimatu śródziemnomorskiego. Jest to najcieplejszy węgierski region winiarski, położony tuż przy granicy z Chorwacją. Zdecydowanie różni się od okolic Balatonu, które zostawiliśmy już za sobą. Ten region zwany jest także „Toskanią Węgier”. To małe siedlisko jest bardzo istotnym punktem na mapie Węgier. Tu po prostu trzeba być!

Winiarze z Villány kochają swój region miłością wielką i szczycą się swoim miejscowym Kékfrankos lub Portugieser. Szczepy, które dają wielkie wina. Mówią z dumą – nasze! Nie bez podstaw. Dziś wina z Villány podbijają świat i zawładnęły też i moim sercem.

A wszystko zaczęło się w Babarcszőlős (czyt. Boborczsolosz) na krańcu tego świata. To właśnie tu mogliśmy poznać świat wina od podszewki. Ledwo odstawiliśmy bagaże i już próbowaliśmy młodego wina. Bezgłośnie niucham swój kieliszek, bo zaczyna pierwszy nos i myślę sobie, jakie to pyszne. Czysty bukiet smakował zdrowo.  Kolejne wino od gospodarza było do obiadu, a obiad był nadzwyczaj smaczny, który przyrządzony został z lokalnych produktów. Nie przez przypadek wino i jedzenie pasują do siebie jak ulał. Nasz serdeczny przyjaciel z Węgier mówi nam, że po obiedzie pójdziemy za tamten las, za tamtą górę. Nie wiem, co lepsze?! Czy ten obiad, czy też spacer po pysznym posiłku.

Jedzenie, wino i otoczenie złożyły się na pełnie doznań, których nigdy nie zapomnę. Spacer po winnicy okazał się moją największą przygodą. Fascynujący świat wina nabrał teraz innego rozmiaru. Morze pagórków, poprzecinanych rzędami równo obsadzonych winorośli, wygląda imponująco. Gdzieś na horyzoncie widać zaorane pola, a w oddali delikatnie rysuję się już inny kraj na granicy. Słodkie i soczyste winogrona najlepiej smakują zerwane prosto z krzewu. Są jak miód. Pękają w moich dłoniach i plamią moje ubrania. Jest w nich tyle słońca. Nie mogę przestać ich jeść. Najbardziej smakuje mi odmiana pinot noir. Nic więc dziwnego, że to wino z tego szczepu smakuje mi najbardziej. Cudownie było tak swobodnie spacerować i rozkoszować się tymi wszystkimi smakami. Białe winogrona z odmiany chardonnay też smakują wyśmienicie, ale pinot wygrywa. W chylącym się ku zachodowi słońcu rwaliśmy również figi z drzew, którymi wypchałam sobie jeszcze kieszenie na drogę ;-) Jestem łapczywa na takie smaki.

I tak spacerując po winnicy snuliśmy sobie rozważania o ich winiarskim potencjale oraz o kraju, który przyjął nas niezwykle serdecznie. Myślę sobie, że z winem życie smakuje lepiej.

Egeszsegere, czyli na zdrowie słyszałam nie raz, a teraz moimi zdjęciami ja Wam to powiem. Na zdrowie moi Drodzy!

Podobne wpisy:

Tagi: , ,

Witajcie!!!

Wczoraj zakończyliśmy naszą wyprawę po Węgrzech. Wróciliśmy szczęśliwie do domu naszym małym autkiem, które po sam dach zapakowane było paprykami, pomidorami i winami :-) Ktoś kiedyś powiedział, że bogaci ludzie podróżują tylko z małą walizką, a ci biedniejsi z całym majdanem. Hm…coś w tym pewnie jest :-)

Pogoda była cudowna, ani jedna kropla deszczu nie spadła z nieba. Dni były bardzo słoneczne i ciepłe. Momentalnie wręcz upalne. Poranki bywały rześkie i zwiastujące, że jesień zbliża się małymi krokami. Właściwie aura była niezwykle łaskawa dla nas. Tylko raz ubrałam długie spodnie :-) Jedynie spadające kasztany i lekko złotawe liście dawały oznaki, że to już prawie październik.

Węgry leżące zaledwie 350 km od południowych granic Polski zaskoczyły mnie swoją różnorodnością. Zrobiliśmy po tym małym kraju ponad 1500km. To dużo, gdyż sam kraj z północy na południe ma około 330km, zaś w linii wschód – zachód – 520 km. Oczywiście unikaliśmy autostrad. Wybieraliśmy wiejskie, boczne drogi.

Nasze przystanki były spontaniczne i nieśpieszne. Jeździliśmy po małych miasteczkach, gdzieniegdzie zostawaliśmy dłużej niż planowaliśmy. Czasami przez przypadek ;-) Traciliśmy poczucie czasu. Odwiedzaliśmy winnice i lokalne targi (piac). Dostać tam można wszystko: miody, kiszoną kapustę na słodko, nabiał, całe stosy warzyw, które zawsze udekorowane są odręcznie napisaną karteczką lub tabliczką – węg. Magyarország lub Magyar, czyli po prostu węgierskie. Gotowałam i cieszyłam się z tego całego „bogactwa”. Poznaliśmy też całą prawdę o winie. Odwiedziliśmy winnice, pijąc lepsze i gorsze wina, ale zdecydowanie więcej było tych lepszych. Podczas podróży spotkaliśmy się z niezwykłą życzliwością i gościnnością.

Stereotypowe postrzeganie tego kraju przez pryzmat Balatonu, Budapesztu i Tokaju jest bardzo krzywdzące. Węgry to kraj wspaniałych krajobrazów, niezwykle malowniczych wzgórz i wspaniałych ludzi. Natura szczodrze obdarzyła to miejsce na ziemi. Wielkie rzeki, ciepłe źródła i wspaniały klimat, który ma w sobie lekki powiem śródziemnomorskich wiatrów, które przynoszą ciepłe i pełne słońca lata. Dzięki tym południowym wpływom średnia roczna temperatura jest zawsze nieco wyższa, niż wynikałoby to z położenia względem równika. I jeszcze Alpy i Karpaty chronią ich od tych wszystkich silnych wiatrów. W każdym bądź razie Węgrzy skrupulatnie obliczają liczbę słonecznych dni w roku i szczycą się swoim klimatem.

Jeszcze nie umiem zebrać myśli i słów, ale musiałam już się z Wami przywitać tym wpisem. Pół drogi zastanawiałam się, jak pokazać Wam naszą całą wyprawę. Czy dzień po dniu czy też na początek pokusić się o najmocniejsze wrażenia. Hm… Chyba zacznę od początku, aby nie pogubić po drodze wspomnień i obrazów. Dziś powiem tylko tyle, że było cudownie!

A teraz mały skrót naszej podróży. Taki jakby spis treści. O tym wszystkim chciałabym Wam bardzo opowiedzieć. Jeśli tylko chcecie moi Drodzy.

Odwiedziliśmy: Veszprém, Felsőörs, Alsóörs, Balatonfüred, Tihany, Badacsony, Szigliget, Keszthely, Babarcszőlős, Siklós, Harkány, Villány, Villánykövesd, Palkonya, Kőszeg, Halogy, Sopron.

„Chleb i wino”

„Veszprém, jak sen kamienny”

„Spacer w Babarcszőlős”

” Historia i miasto nieznane”

„Felsőörs po sezonie”

„Villány – Toskania Węgier”

„Słoneczny Kőszeg”

„Ekologiczny jarmark”

„Moje Tihany”

…i właśnie o tym miejscu opowiem Wam już w kolejnym wpisie.





Podobne wpisy:

Tagi: , ,