slow food

Przeglądasz wpisy otagowane jako slow food.

Ciąg dalszy weekendu w Lanckoronie

3 września. Sobotnie popołudnie minęło w ciepłej atmosferze, którą z pewnością zapamiętamy na długo. Miejsca na piknik nie musieliśmy długo szukać. Rozbiliśmy się na środku wielkiego trawnika na samym rynku głównym. Kwadratowy rynek otaczają drewniane domy z krzywymi okienkami. Chcieliśmy być w samym centrum tego uroczego miasteczka. Nikt nas za to nie ukarał, bo tu trawniki służą do odpoczywania, a nie tylko do podziwiania. Ba! Nikogo nawet nie dziwił nasz widok wraz z kocem smakołyków. Rowerzyści, którzy pod drzewem zatrzymali się na małą przerwę powiedzieli – smacznego. A przejeżdżająca w ślubnym, retro aucie Młoda Para uśmiechnęła się na całego :-)

I tak na różowym kocu myślałam sobie o ludziach, którzy tu mieszkają, pracują, zmagają się z trudnościami dnia codziennego i tworzą ten obraz, którego na próżno szukać w pobliskich miejscowościach.

Menu piknikowe było świeże, proste i smaczne. Na poczęstunku pod chmurką doskonała okazała się aromatyczna sałatka w słoiku z własnych pomidorków koktajlowych. Ważna jest świeżość, piękny kolor i zdecydowany aromat dobrej oliwy i ziół. Nie zabrakło też klasycznego „jajka na twardo do ręki” oraz „Mimi’s bread” – dwa rodzaje.

Świeże powietrze w jakiś tajemniczy sposób zaostrza apetyt i wszystko wtedy smakuje lepiej. A powietrze jest tu wspaniałe. Lanckoronę zwykło się nazywać „płucami Krakowa”, nie ma tu bowiem smogu i zgiełku ruchu ulicznego. Zresztą dogodne położenie też temu sprzyja.

Nasze pragnienie ukoiło domowe, łagodne piwo, które warzymy sami, ale o tym będzie szczególny wpis na blogu.

Eleganckim zakończeniem pikniku była mała deska serów francuskich i oliwki.

„Piknikowanie” przerodziło się u nas w fajną pasję. Już samo pakowanie i przygotowywanie kosza wprawia nas w dobry nastrój.

Wrócimy tu jeszcze na piknik jesienny :-)

Podobne wpisy:

Tagi: ,

We Włoszech, w Grecji, na południu Francji o kwiaty cukinii nie trudno. Podobno nawet w Warszawie na ekologicznym bazarze można dostać wszystkie jadalne kwiaty. Ojczyzną cukinii są głównie Włochy. Włoszki oraz Francuzki znają wiele zastosowań dla kwiatów cukinii. Podają je faszerowane serkiem ricotta lub przyrządzają wspaniałe omlety, sałatki, tarty.
Wszystkie takie dania są niezwykle interesujące i wykwintne, gdyż kwiaty wyglądają przecudownie w każdym daniu.
Pamiętam słowa Tessy Capponi – Borawskiej:
„Cukinie, cukinie, cukinie! Co z nimi robić?!”
- to powtarzający się jęk mojej matki, gdy pojawiają się w ogrodzie warzywnym w ilościach przemysłowych, i to wszystkie naraz (…)”.

A teraz przejdźmy do mojego pięknego bukietu, który dostałam w ramach pomocy międzysąsiedzkiej, a dokładniej za chleb i inne pieczywo. Dzielenie się jedzeniem to dla mnie wspaniała pomoc międzyludzka i bardzo ważny aspekt, gdyż tym sposobem człowiek może być samowystarczalny. To tego dążymy…

Przepis na ciasto jest banalnie prosty i bardzo dobry.

Zaczynamy od wymieszania wody gazowanej z piwem (pół na pół). Na kilka kwiatów wystarczy 150 -200ml. Następnie dodajemy roztrzepane jajko + łyżeczkę soli oraz tyle łyżek mąki pszennej, aż ciasto będzie miało konsystencję śmietany i będzie oblepiało kwiaty. Kwiaty cukinii zanurzamy w cieście i smażymy na gorącym oleju. Nie trzeba ich usmażyć na śmierć ;-) To danie ma być lekkie i szybko przygotowane. Wystarczy po 2 – 3 minuty z każdej strony. Są bardzo chrupiące i delikatne. To zasługa wody gazowanej i piwa. Smak, którego nie można porównać do żadnej innej potrawy. Rewelacyjne!

Do kwiatów cukinii zrobiłam jeszcze dip z ziołami na prawdziwym greckim jogurcie. Kremowa konsystencja zimnego jogurtu doskonale współgra z kwiatami w cieście. Ponieważ ciasta mi trochę zostało, zrobiłam jeszcze krążki cebuli i kabaczka. Pycha!

Pamiętajcie, aby usunąć pręcik ze środka kwiatka. To jedyna niejadalna część. Łodyżki natomiast są gorzkawe, ale jadalne. I jeszcze jedna uwaga! Zbieramy tylko męskie kwiatostany! Żeńskie kwiaty należy zostawić na pędach, by powstał z nich owoc.

****

I na koniec jeszcze pamiątkowe zdjęcie z bukietem kwiatów cukinii.

Podobne wpisy:

Tagi: , ,

Zasady w mojej kuchni są proste. Jemy w sezonie letnim produkty, które pochodzą z ekologicznych gospodarstw lub od tradycyjnych rolników. Mieszkam teraz na wsi. Czystego powietrza mam do woli, ale o zdrowe jajko w mojej wiosce trudno. Pola stoją odłogiem i porastają lebiodą, a ludzie nawet swój trawnik traktują chemią, co tydzień. Ameryka! Niech żyje Roundup (randap)*. Hm… Zastanawiam się dlaczego? Nie opłaca się? Nie chce się? Jakiś problem, czy po prostu wygodne życie? Trudno powiedzieć, kiedy ludzie powiedzieli pas. Myślę, że  odpowiedź  jest prosta. Markety i „bogactwo” towarów w zasięgu ręki. Istny dobrobyt, ale ja dziękuję! I nie przez snobizm odrzucam towary z marketu. Tu chodzi tylko o troskę o zdrowie, a to najwyższy priorytet.

Do najbliższego gospodarstwa mam ok. 40 km. Wizyty u zaprzyjaźnionych rolników są dla mnie przyjemnością i chwilą oderwania się od chemicznego świata. Po chwili rozmowy z dobrym człowiekiem, który właściwie uprawia swoją ziemię stajesz się jego małą częścią. To on wyhodował dla Ciebie zdrowe jedzenie i poda Ci rękę na dzień dobry. Doceniam to bardzo! Słucham zawsze ich opowieści i wspólnie przyjmujemy los takim jaki jest. Ich praca jest bardzo ciężka. Ich warzywa i owoce są małe i często wyglądają tak biednie. W dobie olbrzymich i pięknych warzyw, nikt nie chce kupić chudej marchewki ani małego ziemniaka. Na szczęście nie wszyscy tacy są. Wizyty u rolników to moje małe podziękowania. Tylko tym sposobem mogę im pomóc. Zbyt i sprzedaż bezpośrednia to dla nich najlepsza droga. A ja przecież dostaję najlepsze produkty. Świeże, sezonowe, pachnące. Po prostu dostaję zdrowie! No i postaram się im pomóc przy wykopkach.

Czasami wracamy z małym koszyczkiem warzyw. Kupujemy to, co jest. Często nie ma wielkiego wyboru oraz musimy się liczyć z tym, że w pierwszej kolejności oni sami muszą wykarmić swoje rodziny.

Kiedy przebywam w otoczeniu ludzi, którzy zajmują się prawidłową i tradycyjną uprawą ziemi, to czuję się nad wyraz spokojna i szczęśliwa. Dostaję warzywa i owoce, nie tylko wyhodowane we właściwy sposób, ale i zerwane w odpowiednim momencie. Wszystko ma swój czas… Dodam jeszcze, że mój portfel też to lubi. Tu nie ma pośredników i ceny są naprawdę bardzo korzystne.

To takie moje małe przemyślenia, ale o mangoldzie miała być dziś mowa. Znacie to warzywo? To odmiana botwiny. Taki trochę inny burak. W zeszłym roku udało mi się, go kupić tylko raz. Jakoś plony się nie udały. W tym roku kupiłam, go po raz drugi. Przepadam za tymi liśćmi i czekałam na niego cały rok. Tak samo, jak czekam na kwiaty cukinii, które smażymy w cieście. Może uda się zrobić chociaż raz ;-)

Człowiek uczy się czekać. Jest uzależniony od pór roku i dobrych plonów. Moim zdaniem najlepsze posiłki nierzadko składają się z prostych smaków.

A teraz Mangold Red w mojej sesji zdjęciowej. Trzeba się nimi nacieszyć! On też chce być fotografowany :-)

A jakże! Tym bardziej, że może na moim stole gości pierwszy i ostatni raz w tym roku.

*Roundup – jest jednym z najczęściej stosowanych herbicydów na świecie. Również w Polsce. Masowo stosowany na np. zwalczanie perzu i innych chwastów. Służy również do opryskiwania rzepaku w celu przyspieszenia jego dojrzewania, co zwiększa jego wnikanie do łańcucha żywnościowego.

A z pysznym mangolem zrobiłam francuską tartę z masą jajeczną, a właściwie quiche :-)

Bo tylko quiche jest na słono.

Podobne wpisy:

Tagi: , ,

« Starsze wpisy § Nowsze wpisy »