ogród

Przeglądasz wpisy otagowane jako ogród.

Przez całą długą zimę zbieraliśmy organiczne nasiona, a z początkiem wiosny zamarzyliśmy o większym kawałku ziemi pod uprawę warzyw i zaczęliśmy rozglądać się po naszej okolicy. Cel był jasny i mocno nakreślony. Potrzebujemy kawałek pola, który będzie dobrze nasłoneczniony i nie będzie daleko od naszego domu. Chcemy być coraz bardziej samowystarczalni, ale do tego potrzebna jest nowe miejsce, trochę dodatkowej ziemi.

Wraz z pierwszym dniem wiosny rozpoczęliśmy poszukiwania, które zabrały nam trochę czasu. Problem okazał się dość spory, gdy przyszło do rozmowy z właścicielami gruntów, którzy zupełnie nie wykazywali chęci wynajmu. Ot, paradoks polskiej wsi! Pola stoją odłogiem i porastają lebiodą, sady dziczeją, a kur już nie chowa nawet najbiedniejszy chłop. Całe hektary zachwaszczone lub zarośnięte tzw. samosiewkami. Widok smutny, a rozmowy z właścicielami jeszcze bardziej. Traciliśmy nadzieję…

Ja rozumiem, że ma się wielki sentyment do ziemi, tzw. ojcowizna i nie chcą jej sprzedać. Ale my chcieliśmy tylko wynająć i uprawiać, aby ziemia żyła i dawała plony. A może nasze stawki, które oferowaliśmy były po prostu zbyt małe. Spotkaliśmy się też z odmową, gdy przyszło do podziału gruntu. Najchętniej miejscowi chcieli wynająć całe pole, kilka hektarów. Wykrawanie kawałka ziemi nie wchodziło w rachubę. Na nic się zdały nasze rozmowy, że nie przerobimy tyle ziemi, nie mamy takich mocy ani potrzeb. Potrzebujemy ar, może dwa, aby zrobić grządki na podstawowe warzywa, które wcale nie muszą nam się udać. Oprócz tego nie jesteśmy rolnikami, więc nie możemy w pełni się temu oddać. Nie mówiąc już o tym, że wokół domu też mamy sporo roboty. Eh, pomyślałam. Trzeba zapomnieć o tym, i dać sobie jakoś radę na naszych przydomowych mini grządkach.

Wieści po wsi rozeszły się szybko i podobno się o nas mówiło, że z motyką na słońce się porwaliśmy. Staliśmy się swojego rodzaju „dziwakami”, którym chce się coś uprawiać w dobie globalnej dystrybucji taniej żywności, która zalewa nasz kraj. W pobliskiej miejscowości powstał następny market, a nawet dwa! Wszystko w sklepie, wszystko w dobrej cenie. Cały rok!

Pewnego dnia spotykamy sąsiada, który mówi do nas, że słyszał o naszych planach. Bez chwili namysłu pokazuje nam swoją ziemię. Piękny kawałek pola po drugiej stronie rzeki. Nasłoneczniony taras na lekkim wzniesieniu z cudownym widokiem na naszą dolinę. W pobliżu szemrzący strumyk.

Sąsiad, mówi z uśmiechem.

- Jak chcecie to bierzcie!  A, co z tym zrobicie to wasza sprawa. Nie chcę ani złotówki!

W zamian proponujemy nasz chleb, aby dzielić się i pomagać.

****

Radość z ziemi i widok na sąsiednie pola.

Po lewej widok z działki na porośnięte zbocze góry.

Pierwsze prace. Mierzymy i wytyczamy teren, który wkrótce będziemy grodzić.

Zdjęcia jeszcze bardzo chłodne, takie jesienne. Ciągle zimno i bez wiosennych oznak. Czekamy na rozpogodzenia i prawdziwą wiosnę. Dużo prac wstrzymanych, gdyż ciągle przygruntowe przymrozki. Dziś zimno okrutnie…

Podobne wpisy:

Tagi: , ,

W sobotę zupełnie bez wcześniejszego planowania ruszyliśmy do ogrodu, a właściwie naszego lasu. Pracy ciągle mamy tu sporo. Trzeba było wykarczować pół lasku z samosiejek i dzikich jeżyn, które nie dawały nawet owoców, ale wiły się wszędzie. Za to każdy kawałek mchu, jest u nas pod pełną ochroną. Bardzo go lubię i mam go coraz więcej.

Pogoda była idealna do pracy. Ciepło, ale nie upalnie. Czasem zagrzmiało, ale deszczu nie było. Jenak w powietrzu czuć było, że niedziela może być już deszczowa. I była :-(

Po przeszło ośmiu godzinach pracy w ogrodzie rzuciliśmy łopatami i była kolacja na tarasie. W majowym numerze „Kuchnia” Łukasz Klesyk poleca Cidre Artisanal Le Brun Brut, który w jego subiektywnej ocenie otrzymuje bardzo mocne 5 gwiazdek. Można go kupić w Carrefour – cena 19 zł. Oczywiście nie omieszkałam go kupić. Nie ma barwników i konserwantów. 100% Pur Jus, ale nie do końca dla mnie. Co prawda bąbelki i aromat złotych renet wspaniały, ale trochę mi nie odpowiada ten dekadencki posmak, żeby brzydko nie powiedzieć ;-) Ale wygląd i skład na medal! Zresztą medal dostał w 2009 roku. Dla porównania nasz rodzimy jabłecznik – „Shade Cider” (tak się nazywa ten produkt), ma aż dwa konserwanty i barwniki. Do cydru była bio sałata i pieczony na grzankach ser haloumi. Pycha!

Po jedzeniu ogarnęło nas zmęczenie i chyba się przepracowaliśmy. Skończyliśmy to, co mieliśmy zrobić w lekko trzy dni. Z przyjemnych prac posadziłam jeszcze pomidory i trochę kwiatków. W tym roku pomidory sadzę na sposób grecki – czyli wszystko w donicach, puszkach, wiaderkach. Mam nauczkę po ubiegłym roku, który był pełen deszczu i powodzi. Donice mają ten plus, że zawsze mogę je schować na taras. W niedzielę nie mogłam się ruszać. Chyba nadwyrężyłam sobie bark. „Glebo – terapia” nie zawsze jest łatwa, ale i tak ją lubię!

Dobrego tygodnia moi Drodzy! Jak dobrze, że jutro mamy wolne :-)

Ciekawostka:

We Francji rozróżnia się dwie kategorie: cider i cidre – ten drugi napój musi być fermentowany z czystego soku, bez wody i cukru. Czyli wszystko gra! Musi taki być ;-)

****

Podobne wpisy:

Tagi: , ,

Pierwsza leśna kampania była na wiosnę. Czas ucieka niepostrzeżenie. Jeszcze póki zieleń soczysta wyprowadzam na zewnątrz moje przedmioty, aby zrobić im zdjęcia. Wiosną robiłam zdjęcia o poranku, bo światło było delikatne i łagodne. Teraz o poranku mam mgły, które wchodzą do domu przez okna.

Tło lasu jest dla mnie wciąż inspirujące. Kandelabr ze świecami gra pierwszą rolę w tym małym przedstawieniu. Zapraszam!

 


Przeczytaj, także wpis z 05.05.2010:
Leśna kampania 1

Podobne wpisy:

Tagi: , , ,

« Starsze wpisy