etno

Przeglądasz wpisy otagowane jako etno.

„Lanckorona, Lanckorona, rozłożona, gdzie osłona, od spiekoty i od deszczu, od tupotu, szybkich spraw” – tak śpiewał o tym miasteczku Marek Grechuta, który był zauroczony anielską miejscowością.
Do Lanckorony, która jest prawie naszą sąsiadką wybraliśmy się w zeszłą sobotę. Lanckorona jest niewielką, malowniczą wsią położoną na Pogórzu Karpackim, znajdującą się na Małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej. Wieś zachowała oryginalną drewnianą zabudowę z drugiej połowy XIX wieku.
O urodzie miejsca decyduje stara drewniana zabudowa, wąskie brukowane  uliczki, ukwiecone ogródki, małe podwórka. Budynki stoją tak blisko siebie, że pomiędzy nimi są jedynie wąskie przejścia.
To wszystko emanuje spokojem, a malownicze drewniane domy okalają pochyły rynek i przyległe uliczki.
Lanckorona jest mniej znana niż inne miejscowości zza góry – Kalwaria Zebrzydowska, Wadowice. I dobrze! Największą zaletą tego miejsca jest to, że nie można tu trafić przypadkowo. Skutecznie ukryta pomiędzy drzewami. Mimo szerokich planów na rozwój gminy, Lanckorona pozostała jakby w głębokim śnie. Nie znajdziecie tu budek z tandetnymi pamiątkami, lodziarni i plastikowych ogródków, które oferują hot – dogi i frytki. Zresztą sami mieszkańcy, wychowani w duchu wyjątkowości tego miejsca, starają się, żeby ich wieś nie uległa dużym zmianom. Nie przepadają za tłumami turystów. Wolą, gdy miasteczko jest lekko opustoszałe.

Lanckorona ma swoisty urok. Może wynika to z opieki aniołów. Aniołem Lanckorony został odznaczony m.in. Marek Grechuta. Anielskie motywy są wszędzie. Wychylają się z okien Galerii, pilnują studni, domów i ozdabiają wjazdowe bramy. Lanckorona często określana  jest miastem aniołów. Kiedyś miała status miasta, teraz ma status wsi. Nic dziwnego, że bohema artystyczna odkryła Lanckoronę już w początkach ubiegłego stulecia. Bywały tu takie sławy jak: Jerzy Nowosielski, Adam Hanuszkiewicz, Andrzej Wajda, Zofia Kucówna, Marek Grechuta, Agnieszka Osiecka. Zachwycił mnie sielski klimat tego niecodziennego miasteczka. Tu czas płynie powoli… Mieszkańcy żyją swoimi sprawami. Pod wieczór wyciągają przed swoje domy drewniane ławeczki i obserwują, jak dzień chyli się ku końcowi. Powietrze pachnie nagietkami. Uwielbiam!

To był wspaniały dzień w Lanckoronie. Sennej i pięknej, a nasza sobota była wyjątkowo długa. Ktoś dał nam czasowstrzymywacz? Czy może zimna woda, którą piliśmy ze studni obudziła nas na dobre?

Będziemy tu często wracać. Jak dobrze mieć Cię blisko piękna Lackorono!

PS

wpis dla Marty i Pawła. Naszych przesympatycznych Gości. Przypomnijcie sobie te chwile raz jeszcze :-)

Liche okienka. Czy tu nie ma zimy?

Czynna studnia. Zimna woda zdrowia doda :-)

Wietrzenie piwnic w ciepły i słoneczny dzień.

Bogna – Studnia Trzeciego Anioła

Takie szyldy sklepowe to ja lubię!

I kolejna studnia i ukryte ogrody.

Małe okienka i kamienne murki.

Koło Gospodyń Domowych działa i tworzy :-)

A gdzie udaliśmy się na piknik i co znalazło się w bardzo spontanicznym menu – już w kolejnym wpisie :-)

Podobne wpisy:

Tagi: , , , ,

…Jeśli nie możesz pojechać do Maroka, to pojedź do Kežmarok-a ;-)

No właśnie… Ja, miłośniczka Maroka musiałam tu przyjechać, bo sama nazwa była dla mnie bardzo intrygująca. Nazwa miasta pochodzi od niemieckiego złożenia Käsemarkt ( Käse – ser i Markt – targ). Swojego czasu najważniejsze miasta na Słowacji, z racji dobrego położenia na ważnych szlakach handlowych.
Wszyscy miłośnicy regionu doskonale wiedzą, że Kežmarok położony jest o przysłowiowy „rzut beretem” od Polski – 30 km od Łysej Polany. Jednak niewiele osób wie o tym, że w Kežmaroku odbywa się coroczna impreza Elroy. Podczas drugiego tygodnia lipca na 3 dni Kežmarok zamienia się w największe w Europie targowisko rzemiosła. W pięknym plenerze na starych ulicach rozstawione są stragany z kunsztownymi wyrobami i przedmiotami rzemiosła artystycznego. Są tu też stoiska z tradycyjnymi przysmakami. Owcze sery, pierniki i Trdelnik*, który okazał się pyszny. Imprezę rozpoczyna historyczny pochód ulicami miasta i uroczyste otwarcie. Ponad 180 rzemieślników, twórców ludowych ze Słowacji i zagranicy. Były stoiska przedstawicieli m.in. z Holandii, Węgier, Serbii, Włoch. Artyści tworzyli wyroby z drewna, wikliny, trzciny, gliny, metalu, szkła i innych materiałów. Można je było kupić na miejscu. Dla miłośników zabawy, humoru i folkloru był bogaty program rozrywkowy i estradowy. Właściwie działo się tak dużo, że nie sposób to wszystko było zobaczyć.

 

Kežmarok ma bardzo bogate tradycje. Szkolnictwo, kultura i folklor jest tu wciąż żywy. Na tyle to wszystko jest prawdziwe, że przez chwilę myślałam, że naprawdę jestem w Maroku. Tym bardziej, że dzień był bardzo gorący, wręcz upalny, a ciemne karnacje Romów jeszcze bardziej potęgowały ten nastrój.

Wiadomo, że Maroko słynie z rękodzieła. To ich praca i życie. Sztuka rzemieślnicza jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. Podobnie jest w Kežmaroku. Tutaj nadal kwitnie rękodzieło. To wszystko wzbogaca kulturę i region. Bez pośpiechu oglądam wyroby wszystkich rękodzielników. Niektóre mniej, inne bardziej chciałoby się mieć. Artyści w cieniu straganu z dużym uśmiechem prezentują swoje wyroby. Wszyscy są ubrani w tradycyjne stroje ludowe, które bardzo mi się podobały. To jeszcze bardziej podnosi poziom imprezy. Nie było też zakazu robienia zdjęć, co mnie bardzo ucieszyło. Robiąc ujęcia wręcz portretowe nikt nie protestował.
Jarmark był świetną okazją, aby kupić coś ciekawego i niepowtarzalnego. I chociaż ceny w euro dość wysokie, to zobaczyć na żywo pracę twórców ludowych warte jest każdej ceny. Miło, prawdziwie i bardzo naturalnie. Idea festiwalu polega na tym, aby pokazać różnorodność otaczającego nas świata sztuki, a przy tym konsekwentnie unikać komercji i wyrobów produkowanych „taśmowo”. Ten niezwykle barwny jarmark zapamiętam na długo. Dzień spędzony w Kežmaroku był bogaty we wrażenia. Na pewno pojawię się tu na kolejnym jarmarku! Do zobaczenia za rok. Dovidenia!

 

* Trdelnik – to pierwszy słowacki regionalny produkt spożywczy, który został zarejestrowany przez Unię Europejską. Produkowany jest w sposób tradycyjny poprzez nawinięcie wyrośniętego ciasta drożdżowego na wałek. Ciasto jest w kształcie walca pustego w środku z posypką wedle uznania: orzechy włoskie, laskowe, migdały, kakao, kokos. Polecam orzechowy (orechowy). Najlepszy jeszcze ciepły.

 

Podobne wpisy:

Tagi: , , , ,

Osturnia – miejscowość rozciągnięta na długości 9 km w malowniczej dolinie. Prawdopodobnie jest to najdłuższa wieś na Słowacji. Leży jakby na uboczu głównych dróg. Przez ponad 30 km byliśmy na drodze zupełnie sami w samym środku tygodnia. Trafiają tu nieliczni, przypadkowi turyści lub tacy, którzy po prostu chcą tu przyjechać. Czułam się jak etnograf w żywym skansenie. Drewniana wioska zauroczyła mnie. Chodząc po wsi z aparatem fotograficznym wzbudzałam lekkie poruszenie miejscowych. Na mój uśmiech odpłacają się uśmiechem, więc atmosfera jest przyjazna. Wystarczy powiedzieć „Dobrý deň„.

 

Domy są ustawione w zabudowie łańcuchowej. Znajduje się obecnie około 150 gospodarstw i zabudowań, z czego wiele jest już niezamieszkanych. Część wsi została uznana za „Rezerwat Ludowej Architektury”.

Osturnia – wciąż na szczęście nie odkryta przez masową turystykę. Region dziki, naturalny wśród lasów i polan słynących z monumentalnych widoków na Tatry. To idealna wycieczka dla miłośników spokoju i wolnego tempa życia. Tu wszystko jest jakby zatrzymane w czasie i spowite w przyjemnym zapachu owczego sera. Zapewne jeszcze tu wrócę…

Pamiętajcie tylko, że po słowacku chleb świeży to chlieb cerstvy. Truskawka to jahoda, a květen to maj ;-) Ahoj!

 



Przeczytaj również pierwszą część cyklu: Okna naszych sąsiadów – część I

Podobne wpisy:

Tagi: , , ,

« Starsze wpisy