Levendulás & Otelló

Półwysep Tihany należy niewątpliwie do najpiękniejszych i najbardziej niezwykłych miejsc na Węgrzech. Już sama nazwa mnie zaintrygowała, ponieważ pobrzmiewa tu słowiańska „cichość” od słowa – ticho, czyli cicho. Półwysep wdziera się głęboko w jezioro, tworząc największe przewężenie na Balatonie. Ten mały zakątek stanowi osobliwą enklawę z malowniczymi domkami i małymi winnicami. Słoneczne zbocza porastają pola lawendy, które kwitną na przełomie czerwca i lipca. Jednak to nie Prowansja!

Mieliśmy to szczęście, że trafiliśmy na małe i bardzo kameralne święto Lawendy i Winogron. Nie było tłumu ludzi i biegających turystów. Wszystko było lekko senne, ciche i spokojne. Zresztą cały półwysep zamieszkuje dziś na stałe jedyne 1300 osób.

Właśnie tu doświadczyłam małego objawienia, a to za sprawą pysznej chałki, która wypiekana była w tradycyjnym piecu. Była pyszna, lekka, nieco ciągliwa. Skórka przypalona na pełnym ogniu w piecu, który nabrał już mocy. Chałkę należało obficie posmarować dżemem, który stał obok. Na szczęście dwa dni wcześniej dowiedziałam się , że otelló to specjalny szczep winogron, średnio późny. Owoce ma słodkie i ciemne. Przynajmniej tym razem etykieta konfitury była mi bliska i zrozumiała ;-)

Otello i lawenda, cóż za połączenie! Już pierwszy kęs rustykalnej chałki z wykwintnym dżemem spowodował, że moje kubki smakowe przeżyły uniesienie. Na całe szczęście nie musieliśmy się nigdzie śpieszyć. Postanowiliśmy tu zostać nieco dłużej.

Czas płynął powoli, a my byliśmy wyjątkowo zajęci odkrywaniem Tihany po swojemu. Po krótkim zwiedzaniu wróciliśmy ponownie na chałkę z konfiturą :-) Moje kubki smakowe wysyłały kolejne sygnały radości podczas degustacji innych specjałów z aromatyczną lawendą i każda kolejna partia gorącej chałki była jeszcze smaczniejsza. Lawendowe miody i konfitury zdarzało mi się jeść wcześniej, ale ten smak był nieporównanie lepszy od wszystkich. Popołudniu trafiłam jeszcze na mały kurs pieczenia chleba. Nowej wiedzy nigdy dość! Zresztą pieczenie chleba to moja pasja, którą ciągle poszerzam i rozwijam.

Tihany ugościło nas i przyjęło niezwykle serdecznie. Chodzi tu o całe przeżycie: urodę miejsca, tradycyjne smaki, kulturalne i pełne taktu degustacje, niezapomniane chwile z gorącym chlebem. Swoista atmosfera półwyspu Tihany zauroczyła mnie w pełni. Ludzie są tu mili i bardzo uśmiechnięci. Wystarczą czasem dwa, trzy słowa po węgiersku, aby nawiązać miły kontakt. Nie ma się co dziwić. Mają swoje siedlisko, słońce i nigdy nie zabraknie im wina.

Podobne wpisy:

Tagi: ,

Komentarze (58)

  1. Linka’s avatar

    „Święto lawendy i winogron” – jak to brzmi! Ach! :o)
    Na samą myśl i wyobrażenie chałki ślinka cieknie.
    A chłonąc Twoje opisy, słyszę wręcz jak tam ticho jest :o).
    I ta tajemnica echa… – spodobało mi się w na półwyspie Tihany dzięki Tobie bardzo!
    Co do namawiania do napisania książki – chyba wszystkie będziemy liczyły na autograf z dedykacją na zakupionych egzemplarzach ;o)

    Pozdrawiam ciepło!
    Linka
    :o)

  2. Mimi’s avatar

    Marta -
    to ja dziękuję za ciepły komentarz i Twoje odwiedziny. Dziękuję też, że przeczytałaś mojego bloga od deski do deski i to dwa razy!!! Masz medal u mnie :-)
    Niesamowita jesteś! Serce me rośnie.

    ula -
    pewnie, że pozwalam. Skłamałabym gdybym powiedziała, że książka jest mi obojętna i niepotrzebna. To wielkie marzenie! Tyle tylko, że mam obawy, że to nie dla mnie.
    Ale z Wami potrafię uwierzyć w nawet najgłębsze marzenia!
    Dziękuję kochana :* Spokojnej nocy.

    Linka -
    cudowny odbiór, poczułaś tą ciszę… Dziękuję Ci za ten komentarz!
    Uśmiecham się teraz do komputera :-)
    Autografy oczywiście, że każdy dostanie. To będzie sama przyjemność. Jeśli tylko książka ujrzy światło dzienne. Jeszcze raz powtarzam, że z Wami łatwiej mi wierzyć w takie marzenia, plany. Dziękuję!

  3. Agni’s avatar

    …i pomyśleć, że ja miałam taki świat i to tak niedawno…były chałki ze swojskim dżemem, serem, z miodem, mlekiem…był piec chlebowy i z niego chleb…było beztroskie życie, były rozmowy o rzeczach ważnych i mniej ważnych…i czas, który płynął wolniej…i ludzie, którzy tworzyli to wszystko…których już w większości nie ma, a my nie potrafimy, a może nie chcemy tak żyć, albo zmuszeni jesteśmy żyć inaczej…
    Pozdrawiam

  4. Justyna’s avatar

    Droga Mimi,

    Specjały z lawendą? Niesamowite….Nie wpadłabym na to, że można dodawać lawendę do jedzenia. Dobrego wina zazdroszczę i tych przyjaznych ludzi, to jest powód dla którego lubię podróżować. Mam wrażenie poza granicami naszego kraju ludzie miewają uśmiech nieustannie przyklejony do twarzy….Są przyjaźni i życzliwi. Pozdrawiam.

  5. Myszka’s avatar

    Ależ Ty masz niesamowity dar pisania! Aż chce się czytać i czytać! A to wszystko co opisujesz tak barwnie bez trudu mogę zobaczyć bo wyobraźnia działa wspomagana Twoimi słowami.

  6. Aneta’s avatar

    Witaj zdjęcia i cały Twój blog piękne !!!W Twoim sklepiku podziwiam większość artykułów i mam nadzieję ,że niedługo coś zamówię .A agroturystyka -cudo !!!Pozdrawiam i zapraszam do mnie .

  7. Mango Projekt’s avatar

    Bardzo klimatyczny post, przepiękne zdjęcia! Bardzo dziękuję za inspirację, tego mi było trzeba!

  8. Sielskie Klimaty’s avatar

    Mimi – czy rozpalać w piecu…?! Znowu rozpaliłaś moje marzenie o piecu, w którym mogłabym piec nie tylko chlebki. Dopinamy właśnie projekt naszej stodółki na Mazurach i ciągle mi to chodzi po głowie…
    Ściskam Cię gorąco!

· 1 · 2

Komentarze wyłączone.