Październik 2011

Przeglądasz archiwum miesięczne dla Październik 2011.

Tegoroczne lato było, jak mgnienie oka… Przeleciało, jak ptak. Wiosna i lato płatały nam niespodzianki. Dla mnie to był sezon czekania na słońce. Było go tak mało. Soczysta zieleń, którą fotografowałam w czerwcu jest już tylko dalekim wspomnieniem. Kwitną jeszcze ostatnie astry, ale i one zaraz się skończą.

Jesień to czas zadumy i refleksji. Pora roku, jak żadna inna, skłaniająca do zastanowienia się nad tym wszystkim. Coś było…, coś minęło… Niestety nie przepadam za jesienią, o czym już chyba wszyscy wiecie. A to za sprawą moich ciężkich wspomnień. Czasami tak się zastanawiam, gdyby tak listopada nie było? Na to pytanie dostałam kiedyś miłą odpowiedź od mojej internetowej znajomej:

- To, kiedy rodziłyby się skorpiony ;-) No właśnie, kiedy? Przecież ja też dziecko listopada jestem.

A teraz zdjęcia z krótkiego spaceru. Zabraliśmy termos herbaty i po dwa kruche ciasteczka do kieszeni. Słońce świeciło tak pięknie, że mogliśmy nawet zrzucić kurtki. Było naprawdę ciepło. To był taki piknik na 30 minut i chwila na pozbieranie myśli przed podróżą. Nie powiem, intensywność jesiennych barw potrafi zachwycić. Jesienny chrust chrzęści pod nogami i szelest liści na wietrze. Postaram się, aby tylko ta złota jesień zapadła nam w pamięć… Oby była jeszcze taka złota, ciepła i dobra. I daleka od zimy. Czego sobie i Wam bardzo życzę.

Jutro, bardzo wcześnie rano wyjeżdżamy na Wszystkich Świętych. Mamy bardzo daleką drogę. To dla mnie ciężki czas, ale powtarzam sobie słowa, których ostatnio nauczyłam się na kursie makrobiotycznym.

„Dominujące myśli tworzą nasze życie”.

Wrócę do Was niebawem i planuję bardzo słoneczne wpisy. Pełne dobrych wspomnień i radości. Jeszcze koniec lata wspominamy. Jeszcze w zielone gramy. Jeszcze nie pokazałam Wam, co gotowałam na trasie naszej kulinarnej wyprawy po Węgrzech. Jeszcze mam paryską jesień i przepis na Mimi’s Cookies II. Ciasteczka, oczywiście zrobiliśmy sobie na drogę – na osłodę życia.

Kolejna mucha mi wpadła do kubka ;-)

Od Ani z KUP! cookbook dostałam bardzo ciepły sweterek. Bardzo go lubię. Jest duży, długi i można się nim owinąć.

Podobne wpisy:

Tagi:

„Tarty należą do najprostszych do przygotowania smakołyków, a robot kuchenny jeszcze bardziej ułatwia ich przygotowanie. Można oczywiście kupić gotowe spody z kruchego ciasta, ale warto umieć je zrobić samemu”.

Julia Child „Gotuj z Julią”

Zgadzam się w stu procentach z Julią Child, którą darzę wielką sympatią. Ile książek, tyle przepisów na tartę. Różnią się, co prawda niuansami, ale zawsze. Ciasto kruche każdy robi na swój sprawdzony sposób i warto dojść do perfekcji.
Na pewno macie swoje ulubione przepisy na tartę idealną. Ja mam jeden wypróbowany przepis, którego się trzymam. Jako nadzienie mogą posłużyć rozmaite owoce. Dobra tarta powinna być krucha i delikatna. Maślany posmak jest tu wręcz obowiązkowy.

Przepis, który zamieszczam poniżej jest na bardzo dużą formę do pieczenia. Możecie podzielić porcję na pół. Ja jednak wolę przygotować całą porcję ciasta. Nadmiar ciasta zamrażam do kolejnych wypieków. Nie trzymam w zamrażalniku takiego ciasta dłużej niż 3 miesiące, gdyż traci swoje dobre właściwości. Robię później tartaletki, które są niczym innym, jak odmianą tarty o mniejszej średnicy spodu. Niejednokrotnie uratowało mi takie ciasto mój stół, gdy nagle pojawili się goście. Taka zamrożona porcja dobrego ciasta, daje też poczucie bezpieczeństwa. Gdy przyjdzie zły dzień, mam asa w kieszeni, a właściwie w lodówce ;-)

Kruche ciasto

  • 250g masła
  • 125 g drobnego cukru, gdy owoce są słodkie to wystarczy 100g
  • 1 jajko od kury szczęśliwej
  • 450g mąki

Masło ucieramy z cukrem. Wsypujemy mąkę i zagniatamy. Gdy składniki dobrze się połączą, dodajemy jajko i ponownie wyrabiamy. Cisto zawijamy w folię spożywczą i wkładamy do lodówki na 30 min, aby odpoczęło. Rozwałkowujemy je na grubość 1/2 cm i wykładamy nim tartę. Na wierzchu układamy papier do pieczenia, na który wysypujemy groch. Nasiona obciążą ciasto, które nie urośnie i zachowa ładny kształt. Pieczemy przez 10 minut w 180 stopniach. Na tym etapie możemy dodać dowolne owoce lub inne nadzienie. Ja zawsze smaruję jeszcze podpieczoną tartę dżemem, który pasuje mi do owoców. Wstawiamy ponownie do piekarnika i pieczemy jeszcze jakieś 25 minut.

PS

śliwki w mojej tarcie były jeszcze z Węgier. Pyszne węgiereczki ;-)

Podobne wpisy:

Tagi: ,

Wielkie wina!

„Nie masz wina nad węgrzyna” – tak brzmi słynne staropolskie przysłowie, które teraz rozumiem do samego dna. Krótko i treściwie ujmuje fakt, że wina Węgierskie mają długą tradycję, siłę i smak doskonały.

Nie jestem w tej materii znawcą, ale potrafię odróżnić dobre wino od przeciętnego. Znam też swoje kubki smakowe i wiem, co mi smakuje. Nie przepadam za ciężkimi, taninowymi i wysoko – alkoholowymi winami. Nie mam po prostu do nich głowy. Najbardziej lubię pinot noir i cabernet sauvignon. I właśnie dlatego zdecydowaliśmy się odwiedzić region Villány-Siklós, gdyż właśnie tu uprawia się głównie czerwone wina: merlot, cabernet, pinot noir, które należą do ścisłej czołówki win węgierskich.

Dobry Bóg obdarzył ten region szczególnie. Dał im góry, które mają chronić od zimnych wiatrów, idealną ziemię i malownicze wzgórza. Dał też niezliczoną ilość godzin słońca, aby dobre wina nabrały bukietu i szczególnego smaku. Klimat tego regionu nosi cechy klimatu śródziemnomorskiego. Jest to najcieplejszy węgierski region winiarski, położony tuż przy granicy z Chorwacją. Zdecydowanie różni się od okolic Balatonu, które zostawiliśmy już za sobą. Ten region zwany jest także „Toskanią Węgier”. To małe siedlisko jest bardzo istotnym punktem na mapie Węgier. Tu po prostu trzeba być!

Winiarze z Villány kochają swój region miłością wielką i szczycą się swoim miejscowym Kékfrankos lub Portugieser. Szczepy, które dają wielkie wina. Mówią z dumą – nasze! Nie bez podstaw. Dziś wina z Villány podbijają świat i zawładnęły też i moim sercem.

A wszystko zaczęło się w Babarcszőlős (czyt. Boborczsolosz) na krańcu tego świata. To właśnie tu mogliśmy poznać świat wina od podszewki. Ledwo odstawiliśmy bagaże i już próbowaliśmy młodego wina. Bezgłośnie niucham swój kieliszek, bo zaczyna pierwszy nos i myślę sobie, jakie to pyszne. Czysty bukiet smakował zdrowo.  Kolejne wino od gospodarza było do obiadu, a obiad był nadzwyczaj smaczny, który przyrządzony został z lokalnych produktów. Nie przez przypadek wino i jedzenie pasują do siebie jak ulał. Nasz serdeczny przyjaciel z Węgier mówi nam, że po obiedzie pójdziemy za tamten las, za tamtą górę. Nie wiem, co lepsze?! Czy ten obiad, czy też spacer po pysznym posiłku.

Jedzenie, wino i otoczenie złożyły się na pełnie doznań, których nigdy nie zapomnę. Spacer po winnicy okazał się moją największą przygodą. Fascynujący świat wina nabrał teraz innego rozmiaru. Morze pagórków, poprzecinanych rzędami równo obsadzonych winorośli, wygląda imponująco. Gdzieś na horyzoncie widać zaorane pola, a w oddali delikatnie rysuję się już inny kraj na granicy. Słodkie i soczyste winogrona najlepiej smakują zerwane prosto z krzewu. Są jak miód. Pękają w moich dłoniach i plamią moje ubrania. Jest w nich tyle słońca. Nie mogę przestać ich jeść. Najbardziej smakuje mi odmiana pinot noir. Nic więc dziwnego, że to wino z tego szczepu smakuje mi najbardziej. Cudownie było tak swobodnie spacerować i rozkoszować się tymi wszystkimi smakami. Białe winogrona z odmiany chardonnay też smakują wyśmienicie, ale pinot wygrywa. W chylącym się ku zachodowi słońcu rwaliśmy również figi z drzew, którymi wypchałam sobie jeszcze kieszenie na drogę ;-) Jestem łapczywa na takie smaki.

I tak spacerując po winnicy snuliśmy sobie rozważania o ich winiarskim potencjale oraz o kraju, który przyjął nas niezwykle serdecznie. Myślę sobie, że z winem życie smakuje lepiej.

Egeszsegere, czyli na zdrowie słyszałam nie raz, a teraz moimi zdjęciami ja Wam to powiem. Na zdrowie moi Drodzy!

Podobne wpisy:

Tagi: , ,

« Starsze wpisy

close