Wrzesień 2011

Przeglądasz archiwum miesięczne dla Wrzesień 2011.

O winie prawda

„Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki”.

A jak do szklanki, to może też i do talerza?

Postanowiliśmy to sprawdzić i pojutrze skoro świt wyruszamy na kulinarną wyprawę na Węgry. Zabieram żeliwną patelnię i garnki. Będę gotować po madziarsku na trasie naszych przystanków. Z ogromną ilością papryki z Szegedu. Gdyż niewątpliwie najbardziej charakterystyczną cechą kuchni węgierskiej jest używanie w sporych ilościach papryki, zarówno słodkiej, jak i ostrej.

Będzie leczo, faszerowane papryki, smażone langosze. Tylko lokalne składniki – świeże i prosto od rolnika. Będziemy po drodze odwiedzać gospodarstwa ekologiczne, których listę już trzymam w dłoni. Nasz pierwszy przystanek będzie nad samym Balatonem. Mam nadzieję, że uda się nam wykąpać w ciepłym jeziorze.

Noclegi mamy zaplanowane w małych agroturystykach i nawet zatrzymamy się w tradycyjnej winnicy. Tu nie obejdzie się bez pomocy przy winobraniu, ale my pracy się nie boimy i chętnie pomożemy. Właśnie w tym miejscu spotkamy się z naszym znajomym z Węgier. Coś czuję, że węgiersko – bułgarskie melodie grane nam będą na żywo :-)

Cel wyprawy jest nakreślony. Chcemy poznać całą prawdę o winie. Trasy winiarskie dają możliwość przyjrzenia się produkcji win, poznania małych, domowych gospodarstw, które produkują wina na małą skalę. Trafimy też na święta i festiwale, które zapraszają do wspólnego świętowania i do wspólnego picia wina :-)

Zabieramy z sobą nasze małe, składane rowery, które pomogą nam inaczej zwiedzać ten jakże malowniczy i ciągle naturalny kraj.

Odwiedzimy też region Villány – Siklós zwanym „Toskanią Węgier”. Plany są takie, aby dojechać aż do granicy z Serbią.

Inshallah, jak to mówią w Maroko. Czyli w dosłownym tłumaczeniu – jeśli Bóg pozwoli.

Do usłyszenia na początku października! Będę za Wami tęsknić, ale zrobię Wam multum zdjęć i wierzę, że przyjadę pełna nowej energii.

****

****

Podobne wpisy:

Tagi: ,

Dokładnie rok temu byliśmy na wakacjach w Piranie – SLO. Pierwszy wpis z tego przecudownego miejsca znajdziecie tu. To były jedne z najlepszych moich wakacji. Zresztą Słowenię umiłowałam sobie bardzo. To mały kraj, który zachwyca cudownymi widokami zwłaszcza w pasie nadmorskim. To tu na Istrii szukałam filmowej Maleny. Pamiętacie ten wpis? Zrobiłam tam naprawdę sporo zdjęć. Tylko małą cześć pokazałam na blogu. Tak to bywa, gdy na urlop wyjeżdża się trochę po sezonie. Kiedy wróciliśmy był już październik. Panował chłód i nastawały coraz to ciemniejsze dni. Może dlatego wpisów było tak mało. Nie pasowały do aury, czy też chowałam te chwile, gdzieś na samym serca dnie?

Na dziś przygotowałam dla Was parę zdjęć z oblanego złotym słońcem Piranu. Pamiętam dokładnie wszystkie zachody słońca, które było mi dane tam ujrzeć. Były niesamowite. Od barokowego złota przechodziły we wszystkie odcienie ciepłej moreli.

Już dziś wiemy, że w tym roku tam nie wrócimy. Pomimo planów Piran musi zaczekać, ale na 70% uda nam się w połowie następnego tygodnia wyskoczyć na ostatnią już turę naszego urlopu. Może za rok powrócimy do małego miasteczka z pięknym portem, by ponownie odwiedzić zaułki i miejsca, które ciągle wspominamy. A teraz dopinamy wszystkie sprawy na ostatnie guziki i planujemy mały wyjazd. Jeszcze na naszych letników czekamy i innym małe wakacje umożliwiamy. Głowa pęka od nadmiaru obowiązków, ale grunt, że jest plan! O tym opowiem Wam już w następnym wpisie. Mam nadzieję, że opowiem… Trzymajcie kciuki!

Słonecznego i ciepłego weekendu Wam życzę!

Podobne wpisy:

Tagi: ,

Ciąg dalszy weekendu w Lanckoronie

3 września. Sobotnie popołudnie minęło w ciepłej atmosferze, którą z pewnością zapamiętamy na długo. Miejsca na piknik nie musieliśmy długo szukać. Rozbiliśmy się na środku wielkiego trawnika na samym rynku głównym. Kwadratowy rynek otaczają drewniane domy z krzywymi okienkami. Chcieliśmy być w samym centrum tego uroczego miasteczka. Nikt nas za to nie ukarał, bo tu trawniki służą do odpoczywania, a nie tylko do podziwiania. Ba! Nikogo nawet nie dziwił nasz widok wraz z kocem smakołyków. Rowerzyści, którzy pod drzewem zatrzymali się na małą przerwę powiedzieli – smacznego. A przejeżdżająca w ślubnym, retro aucie Młoda Para uśmiechnęła się na całego :-)

I tak na różowym kocu myślałam sobie o ludziach, którzy tu mieszkają, pracują, zmagają się z trudnościami dnia codziennego i tworzą ten obraz, którego na próżno szukać w pobliskich miejscowościach.

Menu piknikowe było świeże, proste i smaczne. Na poczęstunku pod chmurką doskonała okazała się aromatyczna sałatka w słoiku z własnych pomidorków koktajlowych. Ważna jest świeżość, piękny kolor i zdecydowany aromat dobrej oliwy i ziół. Nie zabrakło też klasycznego „jajka na twardo do ręki” oraz „Mimi’s bread” – dwa rodzaje.

Świeże powietrze w jakiś tajemniczy sposób zaostrza apetyt i wszystko wtedy smakuje lepiej. A powietrze jest tu wspaniałe. Lanckoronę zwykło się nazywać „płucami Krakowa”, nie ma tu bowiem smogu i zgiełku ruchu ulicznego. Zresztą dogodne położenie też temu sprzyja.

Nasze pragnienie ukoiło domowe, łagodne piwo, które warzymy sami, ale o tym będzie szczególny wpis na blogu.

Eleganckim zakończeniem pikniku była mała deska serów francuskich i oliwki.

„Piknikowanie” przerodziło się u nas w fajną pasję. Już samo pakowanie i przygotowywanie kosza wprawia nas w dobry nastrój.

Wrócimy tu jeszcze na piknik jesienny :-)

Podobne wpisy:

Tagi: ,

« Starsze wpisy

close