Zobaczyłam samolot na niebie i poleciałam… Tuż koło 11:00 wysoko nad moim domem widzę samolot linii easyJet – Kraków – Paryż. Nie wiele mi trzeba, żeby odlecieć na Rue des Trois Frères. Do najmniejszego pokoju na świecie. We Francji mówi się o takim boîte chaussures, czyli pudełko na buty :-) Na tej samej ulicy znajduje się słynny warzywniak La Maison Collignon – Trois Frères 56. To tu słynna Amélie Poulain poznaje Luciena. Pisałam o tym w wpisie „Ścieżkami Amélie Poulain”.
Mieszkanie było naprawdę małe, ale z klimatem. Widać było, że właściciel mieszkania kiedyś tu mieszkał. Pozostało dużo książek, pamiątki z podróży, komputer, płyty. Mieszkanie miało raptem 20 metrów.
Kuchnia była mikroskopijna. Długa na około 2 metry i szeroka na 70 cm. Aby druga osoba mogła przejść trzeba było wyjść z kuchni do łazienki :-) W niczym mi to nie przeszkadzało. Gotowałam przez 10 dni obiady z ekologicznych produktów, które mogłam kupić na pobliskim targu lub w sieci sklepów „Naturalia”. Ekologiczne sery, warzywa prosto od rolnika, domowe wina po śmiesznie niskich cenach, wspaniałe jogurty, cytrusy z Maroka. Po pieczywo oraz croissanty z ekologicznej mąki trzeba było rano ustawić się w kolejce. Mogłam sobie kupić nawet chleb tostowy, którego nie jadłam całe wieki. Ach, te grzanki z konfiturą!
Francuzów do ekologicznych produktów nie trzeba namawiać. Zakupy na dzielnicowych targach są częścią codzienności większości paryżan. Każda dzielnica ma swój targ. Stragany uginają się od certyfikowanej żywności. Właściwie innej tam nie ma… Istny raj dla mnie!
Wysokie francuskie okna wychodzą na ulicę Rue des Trois Frères, która chyba nigdy nie śpi. Po obu stronach ulicy same kawiarnie, restauracje i naleśnikarnie. Lokale pod wieczór pękały w szwach. Ludzie potrafili na zewnątrz zjeść nawet trzydaniowy obiad z deserem przy stoliku wielkości płyty gramofonowej ;-) Jednak jakość jedzenia ma większe znaczenie niż wszelkie niewygody. Przez cały pobyt nie mogłam opanować godzin otwarcia tych lokali, które otwierały się codziennie o innej godzinie :-) W weekend zamykały się chyba nad ranem. Kiedy my szliśmy już spać padnięci po całym dniu, oni zaczynali zasiadać do aperitifu. Pamiętam tylko, że budził nas w nocy sąsiad, który wracał w nocy do domu z przyjaciółmi oraz głośne śpiewy radosnych francuzów, którzy pewnie już zjedli lapin au cidre lub moules. Do tego wypili przynajmniej butelkę wina i dwie butelki wody. Na deser deska serów – tu należy wspomnieć, że we Francji jest więcej gatunków sera niż dni w roku. A na drugi deser może gâteau au chocolat? W tym czasie ja śniłam o kolejnym śniadanku, które jedliśmy przy okrągłym stoliku patrząc, jak budzi się do życia miasto miłości i nasi sąsiedzi vis-à-vis.
Tęsknie za tym miejscem bardzo! Właśnie skończyłam czytać „Lunch w Paryżu” i skończyła się „Francuska odyseja Ricka Steina” na programie Kuchnia.tv. Uwielbiam jego psa Chulky, którego nie mógł zabrać na barkę, bo był już za stary. Wysyłał mu jednak pocztówki i wznosił toast za jego zdrowie. Wzruszające, prawda?
Oj, musimy zmontować kolejny film z naszej podróży, żeby jakoś żyć tymi obrazami i chwilami.
Gotuję klasyczne ratatouille :-)
































































Mam na imię Monika, ale mówią na mnie Mimi. Jestem uzależniona od poszukiwania pięknych rzeczy z całego świata. Nałogowo oglądam magazyny wnętrzarskie oraz piękne blogi. Bywam też dj-em na imprezach domowych. Kocham podróże i prace w ogrodzie. Nigdy nie rozstaje się z aparatem fotograficznym :) Preferuję żywność ekologiczną i prawie wszystko, co francuskie :-)


















wysłany maj 17, 2012
wysłany maj 17, 2012
wysłany maj 17, 2012
wysłany maj 17, 2012
wysłany maj 17, 2012
wysłany maj 17, 2012